Dlaczego mnie obrażacie?
Zadziwić widza nie jest tak trudno, jakby mogło się wydawać. Wielu próbowało, wielu się udało. Kłopot w tym, że nie wszyscy robią to w sposób nie obrażający widza. W zasadzie istnieją dwie szkoły - ciągłego wskazywania, że coś jest nie tak oraz "ostatniej sceny" (pojęcie które wymyśliłem na potrzeby niniejszego tekstu). Dobrze jest, gdy pod przykrywką normalności widz ciągle dostrzega, że coś jest nie tak. Tą drogą poszli choćby: Richard Kelly ("Donnie Darko"), Christopher Nolan ("Memento") czy David Lynch ("Lost Highway", "Eraserhead" i kilka innych). W nich wszystkich mamy doskonale zarysowane dwie płaszczyzny - kłamstwa, na której egzystują postacie; oraz prawdy którą razem z widzem odkrywa główny bohater. Siedzę więc i przez większość projekcji zastanawiam się, o co właściwie chodzi. I jest naprawdę przyjemnie. A już całkowicie ukontentowany jestem, gdy równie intensywnie głowić mogę się po zakończeniu filmu, bo autorzy nie wyjaśnili wszystkiego. No, ale nawet jeśli wszystkie bramki zostały zamknięte to i tak było fajnie. Twórcy pokazali ciekawą fabułę a ja pomęczyłem własne komórki.
Istnieje niestety także owa "ostatnia scena". Ten fatalny trend opiera się na jakiś 90 minutach projekcji, w których akcja płynie w miarę logicznym korytem, by na koniec pokazać palec i krzyknąć "tu cię mam!". Mówię to o wszystkich: "Fight Club" i "The Game" znienawidzonego przeze mnie Finchera, "Saw" Jamesa Wan, "Sixth Sense" Night Shyamalana czy nadchodzącym do kraju "The Illusionist" Burgera. W budowie wszystkie są w zasadzie identyczne. Jest sobie bohater, który prowadzi mniej lub bardziej normalnie żyje. Sytuacja nie zmienia się do samego końca projekcji, kiedy to okazuje się, że wszystko jest inne niż być powinno. Dlaczego autor sądzi, że nie byłbym w stanie tego rozgryźć po samych poszlakach? Dlaczego w ogóle mi ich nie daje? Ja rozumiem - scenarzysta chciał błysnąć. Wpadł na genialne rozwiązanie fabularne. Siadł do maszyny (choć teraz podobno wszystko piszę się już na komputerach) i.. nic. Siedzi, myśli, męczy się i nadal nic. Za cholerę nie jest w stanie wprowadzić tego wątku. Co więc robi? Tworzy film będący jedynie pretekstem do pokazania tej sceny. Czy naprawdę muszę być obrażany przez jego: "chacha, na to na bank nie wpadł"? Owszem, nie wpadłem na to. Do głowy mi nawet nie przyszło, że pod sam koniec zmienisz przeklętą konwencję, wypniesz się na mnie i na sposób w jaki odbieram twój film! Jeżeli nie potrafiłeś jeszcze dodać tego genialnego "myku", to czemu nie poczekałeś by dodać go do swojego następnego filmu, w którym całą fabułę i sposób w jaki ją przedstawiasz podporządkujesz właśnie jemu a teraz zrobisz coś co już potrafisz? A, zaraz, zaraz - to nie tak. Zawsze są pojedyncze motywy, które jednak wskazują na to zakończenie. Jaka jest jednak szansa, że dojrzę wszystkie? Prawie zerowa. Mogę jednakże zawsze zobaczyć film znowu, ale jeżeli jego jedyną zaletą jest wyjaśnienie, to po co mam go znowu oglądać, gdy już wszystko wiem? Po nic. Zobaczyłem więc film, poczułem się obrażony sposobem, w jaki potraktowali mnie autorzy i nie mam po co do niego wracać. Przykre.
Najgorsze jest jednak to, że takie filmy się sprzedają i sprzedawać się będą. Ludzie czują pęd ku kulturze wysokiej, czy po prostu trudnej. Wielu jednak nie jest potrafi jej przetrawić, tworzy więc się nisza, w którą wpasowywane są swoiście pop-ambitne potwory. Wszak Rubik sprzedaje się znakomicie.
2007-02-24 21:15:10 Coryza
|