film i kino

Start       Nowosci filmowe       Premiery       Aktualnosci       Recenzje       Felietony       Filmy       Osoby       Forum       Programy
   Szukaj:
felietony filmowe blank nawigacja, opcje

felieton

Filmowe podsumowanie roku 2005

Kolejny rok za pasem. Z reguły nie przepadamy za roztrząsaniem tego, co było, ale rzecz ma się diametralnie inaczej, gdy można podsumować minione 365 dni od strony jakże uwielbianej przez nas rozrywki, mianowicie kina. A co się działo na srebrnych ekranach Polski w 2005 roku? A sporo się działo, sporo... Zatem szykujcie się na lekturę drodzy czytelnicy, czas na Filmowe Podsumowanie roku 2005...

Uchwalona ustawa o polskiej kinematografii ma być nadzieją na lepsze jutro w polskim kinie, i dobrze, bo mimo całkiem sporej ilości premier filmów (jak na polskie warunki) spod ręki rodaków, było za dużo wpadek. Pierwszy z nich to wspaniale zapowiadany "Rh (+)" Jarosława Żamojdy, który okazał się być filmem mocno przeciętnym, i w którego ślady poszedł późniejszy film sensacyjny "Czas surferów" z historią modnie skomplikowaną, ale tak bardzo, że sam reżyser się w niej pogubił. Mieliśmy też "Zakochanego anioła", który do zaoferowania miał tylko kreację Gajosa, całą resztę można by w ogólnym rozrachunku zwyczajnie pominąć. Zawiódł też "Mistrz", bo chociaż historia miała potencjał, to Piotr Trzaskalski nie uchwycił jej piękna, a aktorzy go nie odegrali. Z kolei Jan Hryniak chciał nakręcić film oddający ducha "Noża w wodzie" Polańskiego. Niestety, powstał "Trzeci", film mizerny. "Komornik", nasz kandydat do Oscara, spodobał się wybranym, bo oprócz nagród w Gdyni zdobył raczej średnie recenzje. Talentu do wyboru filmów pod nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej niestety nie mamy. A szkoda, bo na otarcie łez było kilka wartych polecenia tytułów. Jak chociażby "Pitbull", film podobno prawdziwy, o rzeczywiście istniejących gliniarzach. Oglądając jednak ten obraz polskiej policji, trudno nie zwrócić uwagi, że to jedna wielka kalka stereotypów o twardych strażnikach prawa, pijących, biorących, palących, zniszczonych życiem, ale z bagażem zawodowego doświadczenia i sukcesów... Ale tak dobrze oglądającego się polskiego filmu sensacyjnego jeszcze, albo dawno, nie było. Poza tym, Grabowskiego w takiej roli nie ogląda się co dzień. Na początku listopada, na ekrany wszedł "Jestem" Doroty Kędzierzawskiej - moim zdaniem najlepszy polski film tego roku. Wzruszająca opowieść o ledwo 11-letnim chłopcu, o jego ucieczce, ale przede wszystkim poszukiwaniu lepszego. Obraz nie byłby taki piękny, gdyby nie odtwórca głównej roli, Piotrek Jagielski. Objawienie. Pisząc o polskim filmie tego roku, popełniłbym ogromny błąd nie wspominając o jeszcze dwóch tytułach. Pierwszy z nich, to kolejny sukces artystyczny Zanussiego, "Persona non grota". Niewątpliwie obraz wybitny za sprawą Zbigniewa Zapasiewicza. Drugi, to polski król box ofice'ów, był najchętniej oglądaną rodzimą produkcją, chociaż zwyczajnie słabiutką. Jan Kidawa-Błoński robiąc film o "Skazanym na bluesa" poszedł niestety w ślady Stone'a i nieudolnie nakręcił drugie "The Doors". Ryszard Riedel zasłużył na lepszy portret. Może kiedyś...

Co ciekawe, biografii znanych i lubianych było na ekranach znacznie więcej. Nowa moda Fabryki Snów. Już pierwszego stycznia odbyła się premiera "Aleksandra", filmu zmieszanego z błotem gdzie się da. Najwyraźniej gwiazdorska obsada to nie wszystko, trzeba jeszcze zadbać, by poprawność polityczna trafiła w gusta krytyki. Pierwszy kwartał, to jeszcze poprawna historia "Raya" Charlesa ze wspaniałymi zdjęciami Polaka z pochodzenia, Pawła Edelmana i oczywiście fenomenalną muzyką tytułowego gwiazdora. Dwanaście dni później na srebrnym ekranie zagościła biografia wizjonera, Howarda Hughesa, w którego wcielił się DiCaprio. Niestety "Aviator" Scorsese'a, bo o nim mowa został bezczelnie olany przez Akademię, i tak biedny reżyser, mimo kolejnego dzieła na swoim koncie, nie doczekał się statuetki. Liam Neeson wcielając się w "Kinseya" doczekał się nominacji do Oscara, niestety sam film nie zyskał wielkiego zainteresowania Polaków. W naszych kinach gościł też film o "Życiu i śmierci Petera Sellersa", którego niezwykle brawurowo zagrał Geoffrey Rush. Nie zabrakło też biografii wielkich tego świata. "Karol - człowiek, który został papieżem", jeden z najchętniej oglądanych przez nas filmów tego roku (co nie dziwi), mimo wielu wad od strony technicznej, jest dziełem niezwykle trafionym. Twórcom udało się uniknąć zbędnej gloryfikacji, przedstawili zwykłego człowieka i za to należą się gromkie brawa. Innym wielkim człowiekiem, który doczekał się w tym roku swojej filmowej biografii jest Che Guevara, południowoamerykański rewolucjonista, którego młodość przedstawiono w niezwykle pięknym obrazie, "Dziennikach motocyklowych". Ostatnio mieliśmy także okazję obejrzeć "Hotel Ruanda", nieco spóźniona premiera spowodowała niesłusznie niską frekwencję. Kto przemówi tym dystrybutorom do rozumu?

Na szczęście, coś w ich polityce uległo zmianie na lepsze. Kino niezależne, europejskie, a także filmy z odległych krajów wreszcie przybyły do nas. Najważniejsze jest to, że po raz pierwszy do naszych kin sprowadzono filmy rodem z Bollywoodu, hinduskiego odpowiednika Hollywoodu. Cudownie kolorowe, taneczne, pozytywne, wręcz kiczowate historie miłosne, najpierw "Czasem słońce, czasem deszcz", a od początku grudnia "Jestem przy tobie". Dla prawdziwych kinomaniaków czeskie kino nie jest niczym nowym, ale to właśnie w tym roku trafiła do nas rekordowa liczba czeskich filmów, co niezwykłe, wszystkie z pod ręki Petra Zelenki: "Rok diabła", "Guzikowcy" i "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie". Powraca także do łask zapomniane po upadku żelaznej kurtyny, kino ze wschodu. Rosjanie znowu kręcą filmy i to całkiem niezłe. Od czerwca "Nocna straż", w niektórych kręgach film zyskał nawet miano kultowego (zasługa to raczej książki, niż ekranizacji, ale kto by się tam czepiał), a od kilku tygodni historia boksera, który przybywa do miasteczka "Mars". Węgrzy też nas zaskoczyli, swoimi "Kontrolerami". Pokazali, że ich kino stoi na najwyższym poziomie, a my możemy im tylko pozazdrościć. Wspomnieć też trzeba o dwóch tytułach anime z dalekiego wschodu, "Appleseed", oraz "Ruchomy Zamek Hauru". Pierwszy z nich, to produkcja w duchu "Ghost in the shel", a druga to niesamowicie ujmująca i wciągająca przygoda pełna magii i piękna, obie zasługują na uwagę, zarówno za sprawą części wizualnej, jak i fabuły. Niestety, takie połączenie nie zawsze jest możliwe.

Wystarczy spojrzeć na inną grupę filmów, które do nas trafiły. Ekranizacje komiksów, wzbudzały w tym roku kontrowersje, bawiły, podobały się mniej lub bardziej, ale nie licząc dwóch tytułów z sześciu, zwyczajnie zawiodły. Zaczęło się od trzeciej odsłony perypetii dziennego wampira Blade'a, który miał pokonać nowoczesnego Draculę ze swoją "Mroczną Trójcą", a położył na łopatki tylko recenzentów i widzów. Nie lepsze okazały się ekranizacje "Fantastycznej Czwórki" i "Elektry". Ta ostatnia miała powtórzyć zaskakujący sukces "Daredevilla", filmu, który do niedawna można było uważać (obok pierwszej części "Blade'a") za wzorowo przeniesiony komiks na ekrany kin. A dlaczego "do niedawna"? Bo w czerwcu premierę miał film, który zmienił oblicze gatunku. Pokazał, że najlepiej nic nie zmieniać w pierwowzorze, że należy szokować i nie liczyć się z niczym. Może i wydarzenia z "Sin City" nic widzom nie przekazują poza eskalacją przemocy, ale na pewno takich zdjęć wcześniej nie mieliście okazji oglądać. Miesiąc później pojawił się także nowy "Batman - Początek" nowej ery postrzegania obrazkowych historyjek, jako podstaw do tworzenia doskonałych filmów. Christopher Nolan przedstawił w nim historię prawdziwą, logiczną, tym samym zrobił z Batmana zwykłego człowieka, dzięki czemu filmu nie ogląda się tylko jako reklamę możliwości speców od efektów specjalnych. Doskonały przykład, jak powinno się kręcić kino akcji.

A i tego w tym roku nie zabrakło. Zresztą wśród Polaków utarł się pogląd, że głównie na takie filmy powinno się chodzić do kina. W tym roku, aż w siedem miesięcy filmy akcji utrzymywały się na szczytach box office'ów, a w pozostałych były blisko szczytów. Najważniejszym chyba wydarzeniem była premiera ostatniej części gwiezdnej sagi, trzeciego epizodu, łączącego wszystkie pozostałe: "Zemsta Sithów" George'a Lucasa, która usatysfakcjonowała nawet największych sceptyków. Od listopada, Polacy mieli okazję obejrzeć też czwartą już część przygód młodego czarodzieja, Harry'ego Pottera, w filmie Mike'a Newella "Harry Potter i Czara Ognia", która choć w dobrą stronę, nie doszła do poziomu wyznaczonego przez Cuaróna (twórcy bodaj najlepszej, trzeciej części), stosunkowo niedawno na ekranach kin zagościł "King Kong" człowieka który zekranizował Tolkienowską trylogię i za co pokochał go lud. Nie można też nie wspomnieć o "Revolwerze", który miał wynieść Guy'a Ritchie'go, tam gdzie już kiedyś był, po premierze "Przekrętu", a który niestety zrobił z niego pośmiewisko całego świata. Chińczycy zawitali u nas ze swoim "Domem latających sztyletów", niezwykle baśniową, ale i widowiskową opowieścią o miłości. Takie chińskie "Romeo i Julia", może już nie tak pięknie i oryginalnie jak "Hero", ale zakochać się można. Tymczasem Ridley Scott umiejętności powtarzania swoich sukcesów niestety również nie posiadł. Jego "Królestwo niebieskie" to widowisko niezwykłe, ale zalety kończą się tam, gdzie zaczyna się dyskusja o tym, co film ma przekazać. A żeby udowodnić, że na zachodzie nie tylko Amerykanie kręcą filmy, wystarczy wspomnieć o niezwykłym powrocie francuskiego kina, do tego co się w nim niegdyś najbardziej ceniło, do rasowych kryminałów. "36" to właśnie taki powrót z gwiazdorską obsadą, ze świetną fabułą i perfekcyjną reżyserią, co pozwoliło stworzyć obraz trzymający w napięciu, wciągający, po prostu taki, na który trzeba iść do kina. Nie zabrakło też twórczości Polaków za granicą. Andrzej Bartkowiak po raz kolejny pokazał, że jest lepszym operatorem, niż reżyserem ekranizując legendarną grę PC "Doom", a Roman Polański utwierdził mnie w przekonaniu, że nie potrafi nakręcić złego filmu. "Oliver Twist" to reżyserski majstersztyk, wizualnie dopracowany do najmniejszej klamki pokrytej kurzem. Nie mniej wspaniałym popisem scenografii są dwa dzieła Tima Burtona, słynącego z wysmakowanego gustu i poczucia humoru. "Charlie i fabryka czekolady" zaczaruje każdego swoimi kolorami, a Johnny Depp w roli Wonki to kreacja, która powinna trafić do wszystkich podręczników szkół aktorskich. Natomiast "Gnijąca panna młoda" to dzieło wybitne za sprawą niezwykłego humoru i sposobem w jaki film został nakręcony. Ta niezwykła historia o umarlakach, nakręcona techniką poklatkową, przy pomocy kukiełek jest jak świeże tchnienie w ten gatunek. Oczywiście w kinach nie mogło zabraknąć kosmitów. Niezwykła komedia sci-fi o jednym z ostatnich Ziemian, podróżującym "Autostopem przez galaktykę" przywodzi na myśl monty pythonowskie poczucie humoru, przedstawia bowiem wszechświat jako zlepek wszystkich ludzkich przywar, zarówno tych żenujących, jak i tych komicznych. Oprócz tego, w lipcu najechali na Ziemię Marsjanie wywołując "Wojnę światów" i lekkie rozczarowanie.

Ale oprócz kosmitów, staliśmy się także ofiarą inwazji filmów animowanych. Amerykańskie studia robią wszystko by powtórzyć sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny "Shreka", niestety wychodzi im to średnio. Pierwszą drogą do sukcesu jest cytowanie świata filmu. Tym tropem poszli twórcy "Iniemamocnych" biorąc z filmów o superbohaterach tak dużo schematów, że w pewnym momencie film stał się własną parodią, a to bynajmniej nie jest dobre. Podobnie było z "Szeregowcem Dolotem", niestety temu nawet polski dubbing nie pomógł. Drugim sposobem na sukces jest przeznaczenie filmu tylko dla dzieci, skupiając się na animacji i fabule z przesłaniem dla młodych tego świata, wrzucając kilka piosenek można go osiągnąć. "Madagaskar" mimo wspaniałej historii i animacji nie zyskał sobie takiej widowni, jaki by można po jego poziomie oczekiwać. Podobnie "Roboty", chyba najbliższe poziomowi wspomnianego wyżej filmu o zielonym Ogrze.

Na koniec kilka wniosków z liczb. Najpopularniejsze - tradycyjnie - wśród nas są filmy typowo rozrywkowe, najczęściej uznawane przez krytykę za bardzo słabe. Na drugim miejscu są filmy animowane, co dowodzi, że to pociechy ciągną nas głównie do kin. W lutym rządzą produkcje typowe dla zakochanych, a rozdanie Oscarów ma przy wyborze filmu, na który idziemy raczej niewielkie znaczenie. W sumie jedynymi niespodziankami roku są "Kubuś i Hefalumpy", który w pierwszym kwartale zyskał aż 6 milionów widzów (wynik ogólnie słaby, ale jak na ten rok, bardzo wysoki), oraz "Broken flowers" Jarmusha, który we wrześniu był na pierwszym miejscu polskiego box-office'u, a trzeba zauważyć, że nie jest to kino dla mas.

Mógłbym pewnie jeszcze wygrzebać z tuzin innych tytułów, ale te wydają mi się najważniejsze. To tytuły wybitne, warte uwagi, lub na tyle żenujące, że nie można było o nich nie wspomnieć. To właśnie one charakteryzują rok 2005. Pokazują jaką różnorodnością możemy się cieszyć i w czym możemy przebierać wybierając się na filmową projekcję. Oby w tym roku było jeszcze więcej ciekawych pozycji, oby polskie kino rozwijało się w kierunku obranym przez ostatnie 12 miesięcy, tego Wam drodzy czytelnicy, jak i sobie życzę z okazji nowego 2006 roku!


Zapraszamy do dyskusji na forum.


blank
© 2005 - 2010 Filmbox.pl | Partnerzy | Linki | Redakcja | Kontakt | Oswiadczenie | Wspolpraca | Konkurs | Online: 14 online
Mapa strony