film i kino

Start       Nowosci filmowe       Premiery       Aktualnosci       Recenzje       Felietony       Filmy       Osoby       Forum       Programy
   Szukaj:
 
Australia
0123456789
 ocena: brak (0)
 oceń:
blank Australia
(2008)



Aborygeni, spęd bydła i wojna

Bardzo znane dzieło tegoż reżysera „Moulin Rouge!” wprawiło w zachwyt miliony, ale nie mnie. Poczułem się tym filmem wyrolowany, niby ma wiele przesłanek świadczących o sporych możliwościach, jednak zawiódł mnie doszczętnie. Takie wielkie nic. Niby przypomniał musical, w którym znane hiciory miały swe nowe wersje. Tak było kilka lat temu, teraz zabrał się za melodramat i muszę przyznać, że jego najnowsze dzieło przypadło mi do gustu wielokrotnie bardziej niźli uprzednio wspomniany tytuł. „Australia” to film mieszanka, w którym poza melodramatem odnajdziemy i to dość sporaśne elementy westernu i kina wojennego. Ciekawym zabiegiem było zatrudnienie w głównych rolach tylko osoby rodem z (jak sam tytuł wskazuje) kangurzego kontynentu, a zarazem państwa Australi.

Baz Luhrmann idzie dobrze przetartym szlakiem, gdzie w ważne historycznie momenty utyka się historię miłosną. Na tej zasadzie bazowały hity z satelity „Titanik”, „Pearl Harbor”, czy starsze przeboje takie jak „Kleopatra”, „Ben Hur” czy „Przeminęło z wiatrem”. Jak widać z tej listy to czasem słońce, czasem deszcz. Czyli samo umieszczenie fabuły wysokobudżetowego filmu w interesujących realiach nie zawsze owocuje dobrym kinem. Częściej musimy się męczyć widokiem staczającego się na dno Leosia, lub męczącego i smęcącego przestworzach Afleta. Częściej jest to po prostu przepis na kurę znoszącą złote jaja, gdyż przeciętny zjadacz filmowej papki zeżre każde gówno byleby wszędzie o nim trąbiono, grali znani i lubiani i nade wszystko wydano na produkcję astronomiczne kwoty. Przecież, jeśli inwestuje się w coś miliardy dolarów to taka wybroczyna musi być dobra.

Fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się być masakrycznie nudna. Ot znudzona życiem arystokratka przyjeżdża ze swej angielskiej siedziby na ranczo w Australii. Ma zamiar dopilnować by jej mąż sprzedał tutejszą posiadłość i powrócił do ojczyzny. Na miejscu okazuje się, że jej mąż został zabity, a miejscowy magnat w produkcji wołowiny dybie na jej ziemię. Postawiona pod ścianą namawia osobnika zwanego Poganiaczem do pomocy przy spędzie bydła dla wojska, co może uratować zamorski majątek lady Sarze Ashley. Prawda, że nuda? Luhrmann chyba sobie do poduszki czytywał jakieś harlequiny czy insze bzdety o miłości.

Całość zrobiono z wielkim rozmachem. Tutaj widać i czuć, na co poza gażami wielkich gwiazd poszła kasa. Od pierwszej do ostatniej minuty oglądamy widowisko w starym, dobrym stylu… no może poza scenariuszem, który ma wiele braków i buraków. Grubą krechą podzielono to dzieło na dwie połówki. Początek to western made in antypody ze spędem bydła w głównej roli, a końcówka to już film wojenny, gdzie po raz kolejny Amerykanie i Australijczycy mogą dowiedzieć się, kiedy wybuchła II wojna światowa. Oczywiście w 1941 roku, jeśli mieliście jakieś wątpliwości. Początkowe około 30 minut wręcz ocieka kiczem i przerysowaniem, co implikuje tym, iż bohaterów filmu odbiera się nie jak ludzie istoty, a istne archetypy cech i zachowań. Oglądając „Australię” miałem uczucie permanentnego dejavu, ciągle powracające uczucie, iż gdzieś to widziałem.

Jak dla mnie jest to taka ogromna, wypasiona baja dla dorosłych. Mamy to do czynienia z elementami magicznymi przemieszanymi z romansem, przygodą, dreszczykiem emocji i egzotycznymi krajobrazami. Świetnie zrobione kadry kontynentu australijskiego robią wrażenie. Tu jak i w poprzednich dziełach tego reżysera, stawia się na porządnie zrobioną warstwę wizualną, mającą ociekać bogactwem przyrody, strojów i scenografii. Motywy aborygeńskie wprowadzały niezbędną dawkę magii i często humoru by rozluźnić gorset opowieści o miłości pomiędzy wyższymi sferami, a plebsem.

Jednak wszystko zostało nadmiernie przeciągnięte. Gdzieś koło 30 - 40 minut przed zakończeniem seansu zaczyna się wiercenie w kinowym fotelu i oczekiwanie na koniec, który mógłby pojawić w kilku bardzo dogodnych momentach wcześniej, jednak Luhrmannowi za dużo kasy ciążyło w portfelu i musiał brnąć dalej. I między innymi przez to zabrakło „Australi” wiele by zostać dobrym filmem. Coraz bardziej natchniona muzyka i mnogość ujęć w zwolnionym tempie wzbudzały we mnie coraz większą niechęć. I jak dałem sobie wcisnąć całą otoczkę tego filmu, jego bajkowość, schematyczność i zabawę konwencjami, tak tego typu „wielkie” zagrania ze strony twórców zaczęły mnie irytować i drażnić. Taki strzał w kolano.

Pomimo wielu braków przez większość czasu oglądało się ten film ze sporą przyjemnością. Miło popatrzeć na rosomaka Jackmana w kolejnej roli, gdzie jest pełnokrwistym mężczyzną, a nie metroseksualną podróbką faceta, jaka dzieli i rządzi na ulicach także naszym miast. Szkoda też, że Nicol to już stara dupa i nie ośmielono się wyprodukować jakiejś seksownej scenki w jej wykonaniu. W paru momentach wyglądała jak jakiś przerośnięty i wydłużony szczudlak, a nie seksowna blondynka o ciekawych doświadczeniach życiowych. Wyszło coś na raz, dla rozluźnienia, do oglądania we dwoje.

sarna23
OCENA: 5
blank
blank recenzja filmu
Aborygeni, spęd bydła i wojna sarna23
© 2005 - 2010 Filmbox.pl | Partnerzy | Linki | Redakcja | Kontakt | Oswiadczenie | Wspolpraca | Konkurs | Online: 12 online
Mapa strony