ocena: brak (0)
|
 |
Postal (2007)
Boll i komedia
Jakimż to perwersyjnym zwierzęciem trzeba być, by po kilku wielce nieudanych, przerażająco paskudnych filmach pozwolić sobie na seans z kolejnym badziewiem. I to kaszaną tak kaszaniastą, że przechodzi to ludzkie pojęcie - wprost spod łapek miszczunia padaki, imś Uwe Bolla. Ten typ tak się zawziął w sobie, że nie dochodzą do niego żadne głosy sprzeciwu przeciwko tym kaleczącym dobre imię X muzy. I chyba najbardziej mają go w poważaniu fani gier komputerowych, z których to Uwe pobiera tytuł, a następnie robi z nim wszystko byleby nie miał kompletnie nic wspólnego z oryginałem. Nawet po takim wstępie, aż odechciewa się wszelkich filmowych kontaktów z Bollem, jednak ja -niezmordowany w swym poszukiwaniu dobrych filmów, dobrych momentów, dobrych scen, wrzuciłem sobie jedno z jego najnowszych dzieł na ruszt. Trafiło na "Postal".
Fabuła jest tu kosmicznie idiotyczna. Pewien zdradzany mąż postanawia coś zmienić w swym życiu i zwraca się do wuja - guru sekty o pomoc. Ten akurat ma problemy finansowe, wisi ogromną kasę usańśkiemu fiskusowi. Wpada na pomysł mający podreperować kulejący budżet, do realizacji, którego będzie mu niezbędny młody, zdesperowany osobnik. Ma zamiar ukraść lalki o jakże wdzięcznym i słodkim imieniu Kroczuś, by opylić je w internecie za ogromne pieniądze. Na pomysł dobrania się do owych laleczek wpadają także członkowie Al-Kaidy.
Uwaga, uwaga! Achtung, achtung!, Wnimanie, wnimanie!. Teraz powiem coś, czego się po sobie nie spodziewałem. Uwe, tak ten sam Uwe, który swymi boskimi umiejętnościami zepsuł każdy film, jakiego się dotknął, jaki spłodziły jego chore umysłowo lędźwie, zrobił coś, co da się oglądać!!! I do tego film posiada zabawne momenty, i to zamierzenie śmieszne! Boll chyba wreszcie odkrył miejsce w filmowym świadku, gdzie potrafi zrobić coś choćby przeciętnego. Każdy z jego poprzednich obrazów ciągnie za sobą smród niezamierzonej śmieszności. To były padaki tak dupne, że aż w swej nędzy zabawne. A tu i teraz nastała wiekopomna chwila, gdy boski Uwe wstał z łóżka i WRESZCIE zdał sobie sprawę, że nie powinien robić filmów na poważnie. Tak też uczynił i wyszło mu to na dobre. Miejmy nadzieję, iż kolejne dzieła, jakie planuje nie będą już miały tytułów gier komputerowych oraz zostaną zrobione z przymrużeniem oka, bez całego tego zadęcia jakim Boll ciągle atakuje.
Komedia, jaką popełni jest daleka od politycznej poprawności. Zbija się ze wszystkiego, co mu wpadło w ręce - nawet z siebie (oklaski)!. Dostaje się arabom, terrorystom grubasom, rudzielcom, żydom, Niemcom, telewizji, dziennikarzom, sektom, policjantom. Nie ma skrupułów, by wyśmiać także wzniesiony na piedestał heroizmu atak na WTC. W cięty i sarkastyczny sposób dobiera się do religijnych pierdół wciskanych przyszłym terrorystom, na których po śmierci ma niby czekać 100 dziewic. Kłótnia o ilość tychże jeszcze nienaruszonych męskim prąciem kobiet to istna kwintesencja głupoty i ciemnoty wyznawców islamu (tych fanatyków, którzy widzą w Koranie to, co chcą zobaczyć, a nie to, co jest tam napisane). Jedzie się tu równo po wszystkich i wszystkim i w dodatku Boll robi to z wyczuciem (czy, aby na pewno ja to napisałem?).
Porcja ostrego, czarnego humoru, jaką aplikuje widzowi ten film jest wręcz oszałamiająca zważywszy na to, kto to wyreżyserował. Oczywiście jest tu też sporo humoru charakteryzującego kiepskie komedie Made In USA - kloacznej odmiany tegoż, jaki uwielbiają amerykanie (patrząc na to, jakie komedyje poza romantiko podbijają ich box office). Uwe przechodzi sam siebie, gdy nabija się z siebie - zostaje nawet postrzelony w krocze - o czym marzył niejeden widz po seansie jednego z jego wcześniejszych filmów. Tym razem śmiałem się w momentach ku temu stworzonych.
sarna23
|
|
|