13 Dzielnica Banlieue 13 (aka 13th District / District B13 / B13 - Banlieue 13 / District 13 / The 13th District) (2004)
Scenariusz? A co to takiego?
Nazwisko Luca Bessona przestało cokolwiek obiecywać już dawno temu. "13. Dzielnica" nieco zmienia tą rozczarowującą prawdę. Teraz Besson gwarantuje minimum półtora godzinną operację na otwartym dobrym guście. Bez narkozy. Komuś najwyraźniej zabrakło mózgu by zauważyć, że kręcenie filmu tylko dlatego, że jakimś cudem udało się zatrudnić aktorów (chyba byli zbyt zajęci by spytać, czy jest scenariusz) to jednak za mało.
Rok 2013, Paryż. Rząd nie mogąc sobie poradzić z przestępczością w najbiedniejszej dzielnicy miasta, uznał że najlepiej będzie ją wydzielić grubym i wysokim murem, tworząc coś na wzór gigantycznego więzienia, lub by zbędnie nie koloryzować - getta. 13. dzielnica to enklawa bezprawia, nie ma tu reguł, policja gra w karty w swoich komisariatach-bunkrach, a jedynym wyznacznikiem klas jest tu uginające się nadwozie od wsiowego tuningu jaskrawych autek. Przez pryzmat ostatnich wydarzeń w Paryżu, fabuła "D13" jawi się jak faszystowskie rozwiązanie francuskich problemów - gdyby jeszcze cokolwiek trzymało tu poziom można by uznać film Morela za wizjonerski. Gdybanie odstawmy jednak na bok, bo fakty są takie, że najnowsze "dzieło" Bessona to najdłuższe 85 minut mojego życia. Lepiej się czułem u dentysty.
Główny bohater, Leito (efektownie skaczący po dachach David Belle) niechętnie musi pomóc elitarnemu gliniarzowi "z zewnątrz", Damienowi (Cyril Raffaelli) znaleźć i rozbroić bombę ukradzioną przez niebezpiecznych łajdaków. Dodatkowym bodźcem oprócz groźby wielkiego "bum", dla którego Leito decyduje się wziąć udział w misji jest fakt, że nowy właściciel broni nuklearnej ośmielił się porwać siostrę chłopaka. Nie trudno przewidzieć, że punkt wyjściowy to niejako prolog trwający z pięć minut, dalej to już tylko tępa bijatyka. Jednowątkowa fabuła ogranicza się więc do klepania coraz to oryginalniej ostrzyżonych gangsterów, i z założenia twórców to chyba miało wystarczyć... Bardzo śmiałe założenie - trzeba przyznać.
W odbiorze filmu (niech mi bracia Lumière wybaczą nadużywanie tego słowa) nie pomaga właściwie nic. Jakiekolwiek potencjalne przesłanie zostało wyparte przez naiwność twórców, którzy sądząc, że do kina chodzą tylko buldogi, pozwolili sobie na produkcję, której głównym bohaterem jest pięść i biceps, a pretekstem do ich nadmiernego eksponowania: miłość, wolność i nadzieja na lepsze jutro - co nawet brzmi jak pretensjonalny bełkot. Zapomnijcie więc o kinie społecznym, czy chociaż politycznym, rozważającym nad sposobami zapanowania nad rosnącą przestępczością zorganizowaną. Nie ma też co liczyć na science fiction. Mimo przyszłości, jedynym futurystycznym gadżetem są body kity i spoilery, których notabene jedyna nowoczesność opiera się na nieproporcjonalnej do samochodu wielkości.
Podkreśla się, że w kinie musi być miejsce dla produkcji typowo rozrywkowych, nie roszczących sobie praw o nic więcej. Ot, dobra zabawa i nic więcej. Powiem szczerze, nie mam nic przeciwko, mógłbym się tym cieszyć, gdyby tej rozrywki było więcej niż przy oglądaniu przypalonego schaba. Jedyne emocje jakie "13. Dzielnica" wywołuje to pytanie, czy scenarzysta wiedział, że w czołówce podali jego nazwisko. Jeśli tak, to odważny z niego facet. Ja bym się bał.
bubas
|