ocena: brak (0)
|
 |
Mission: Impossible III (2006)
Faster, stronger, higher... Stupider?
Ethan Hawk to twardziel jakich mało. Prowadzi podwójne życie, nadstawia karku dla dobra państwa, potrafi walczyć, będąc przypiętym do łóżka i, jak by tego było mało, otworzenie kajdanek przy pomocy długopisu, to dla niego pestka. Nieźle, nie? Warto rzec o tej postaci kilka słów, gdyż... nie każdy widz, który wybiera się do kina na "Mission: Impossible 3" musi go znać. O ile jeszcze pierwsza część wielkoekranowej sagi robiła dobre wrażenie, o tyle "dwójka" była tak słaba, że niemal wszyscy chcieli ją wyrzucić z myśli (a razem z nią i głównego bohatera). Czy kontynuacja powtórzyła błędy poprzednika? Całe szczęście, nie wszystkie.
Już fabuła była dla mnie miłym zaskoczeniem. Obok wątków typowo szpiegowskich (przechwycenie informacji, porwanie niewygodnych osób, defraudacja pieniędzy przy ustalaniu budżetu na budowę autostrady) znalazło się miejsce na akcję trochę innego sortu. Rzec by można, iż akcja filmu zaczyna się od... środka. Oczom widza ukazują się Ethan Hawk (Tom Cruise) i Julia (Michelle Monaghan) - para świeżo po ślubie - przykuci do krzeseł w pokoju pełnym elementów kryminogennych. Podczas sadystycznego przesłuchania Owen Davian (Philip Seymour Hoffman) próbuje wyciągnąć z super-agenta informacje, dotyczące potężnej broni biologicznej. W tym momencie klisza się urywa, a widz przenosi się w czasie o kilka dni wstecz, by poznać kulisy zdarzeń. Według mnie, to rozwiązanie było zdecydowanie dobrym posunięciem Jeffrey'a Abramsa (scenariusz i reżyseria), gdyż w pewnym stopniu zamaskowało poważne braki scenariuszowe i sprawiło, iż widz choć w minimalnym stopniu był ciekaw rozwoju wydarzeń.
Jak już wspomniałem, ze skryptem nie jest najlepiej (w rzeczywistości można odnieść wrażenie, iż w ogóle go nie ma). O ile sam pomysł wydaje się całkiem niezły (biorąc po uwagę fakt, iż jest to produkcja skupiona głównie na wybuchach, pościgach i strzelaninach), o tyle dialogi przypominają nocną marę kinomana. Żeby za bardzo nie owijać w bawełnę, powiem, że są tragiczne. Kilka krótkich wymian zdań w wykonaniu Toma Cruisa i jego znajomych z planu i już widz zaczyna płakać ze śmiechu - dobrze, że wysokie stężenie akcji szybko pozwala o nich zapomnieć.
Właśnie - akcja! Akcja jest zdecydowanie esencją "Mission: Impossible 3" (jak zresztą i poprzednich części) i, co bardzo ważne, do poziomu wykonania tego aspektu nie można się za bardzo przyczepić. Jest szybko, sprawnie i efektownie. Łuski latają na lewo i prawo, samochody wybuchają w niesamowitym tempie, a trafnie zastosowane zwolnienia czasu podkreślają co ciekawsze sceny. Niektórzy mogą wprawdzie trochę narzekać na brak większej finezji - wszystkie walki rozgrywają się w sposób całkowicie konwencjonalny - lecz, osobiście, nie przeszkadza mi ta konwencja. Za jedyny mankament uważam momentami zbyt chaotyczną pracę kamery.
Niestety, kiepski scenariusz jest jeszcze powodem kolejnej skazy na produkcji Abramsa -ograniczenia pola popisu dla aktorów. O ile umiejętności Cruise'a czasami wydają się dyskusyjne, o tyle klasa Philipa Seymoura Hoffmana (niedawnego zdobywcy Oscara za "Capote") nie budzi chyba niczyich wątpliwości. Jednak kreacja drugiego z wymienionych panów nie wzbudza żadnych żywszych emocji u widza - to typowy schwartz-charakter, wyrażający wszystkie uczucia jedną, zabójczo poważną miną. W tym przypadku więcej możliwości dawała postać Ethana Hawka i muszę przyznać, że Tom Cruise poradził sobie całkiem nieźle, choć też bez rewelacji. Ponadto przez plan zdjęciowy przewinęło się jeszcze kilku bardziej znanych aktorów (Laurence Fishburne, czy Ving Rhames), ale nie pozostawili oni po sobie nic specjalnie wartego uwagi.
"Mission: Impossible 3" zdecydowanie nie jest filmem dobrym. Można powiedzieć, że ogląda się go bardzo przyjemnie (a to już coś!) i jest lepszy od poprzedniczki, ale jakiekolwiek peany na jego cześć byłyby raczej nie na miejscu. To kawał dobrego kina czystej akcji z dodatkiem znanych nazwisk, porządną muzyką i bazującego na licencji popularnego serialu. I tyle. Po wyjściu z kina, nie spodziewajcie się, że będziecie go rozpamiętywać aż po mogiłę... W sumie - w ogóle go nie będziecie rozpamiętywać.
KoZa
|
|
|